Wieczne odpoczywanie racz Im dać Panie!
Ofiarom Katynia 1940-2010. Cześć Ich Pamięci!!!
Posted in Bez kategorii on 11 Kwiecień 2010 by rejtanŻYCZENIA
Posted in Bez kategorii on 31 Marzec 2010 by rejtanI ZNOWU ZIMA
Posted in Bez kategorii on 31 Marzec 2010 by rejtanWprawdzie w tym roku zima u nas okazała się łagodniejsza niż zazwyczaj, dość sniegu spadło w dolinie a w górach, jak zwykle, bardzo dużo. O jej urokach nie będę się rozpisywał, aby sie nie powtarzać. Zamieszczę tylko trochę fotografii, które opatrzę dla informacji komentarzami i opisami.
Zimowy pejzaż na wsi.
Albion Basin w okolicach resortu Alta.
Cross country skiing w Alta.
Górska chata w Brighton w Big Cottonwood Canyon.
Świateczne miasteczko Brigham City.
Zima w Bryce Canyon na południu Utah.
Stado danieli wysoko w Little Cottonwood Canyon.
O poranku w Górach Skalistych. Płonący krzak.
Dog Lake w Millcreek Canyon.
Wspinaczka pod górę na Farmington Peak.
Zimowa panorama w High Uintah.
Już blisko szczytu. Mount Olympus.
Góry La Sal w pobliżu Arches in Moab.
Monument Valley na granicy między Utah i Arizoną.
Jeszcze jedna górska chata w zimowej szacie.
Snowmobiling w back country.
Na szczycie Mount Olympus.
Rezydencka dzielnica Suncrest.
Poranek w górach po nocnych opadach świeżego śniegu.
Tak tu cicho. Blanche solitude.
Mount Timpanogos widziany z nad Deer Creek Reservoir.
Zimowa uliczka w Sandy.
Ślady.
Weasel.
Zima w Wellsville.
Winter wonderland.
Piękna zima w wysokich górach.
WESOŁYCH ŚWIĄT i SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
Posted in Bez kategorii on 18 Grudzień 2009 by rejtanWIELKIE SŁONE JEZIORO
Posted in Bez kategorii on 4 Listopad 2009 by rejtanNie wypada, abym jako stały rezydent Doliny Wielkiego Słonego Jeziora, nie napisał o samym jeziorze, które przecież jest najważniejszym zjawiskiem tutaj, jako że nawet nazwa stolicy naszego stanu (Utah) od tego jeziora pochodzi. Wielkie Słone Jezioro, mimo iż nie prezentuje wartości turystycznych ze względu na ogromne zasolenie i niemal całkowity brak życia, jest bardzo ważne dla stanu ze względu na bogactwo minerałów w solach tych zawarte i w związku z tym faktem na obrzeżach jego powstało wiele przedsiębiorstw, minerały te z niego czerpiących. Oprócz ogromnej ilości soli przemysłowej używanej m.innymi do odśnieżania dróg, ulic i autostrad, produkuje się tu na wielką skalę magnez (bardzo cenny, lekki i wytrzymały metal) oraz wiele innych ważnych dla gospodarki surowców. Oczywiście, jest wszakże duża liczba miłośników charakterystycznego piękna tego jeziora i choć mało przyciąga ono turystów (wolących kąpiele i plażowanie), prawdziwi koneserzy oblegają je ze swoimi kamerami, aby podglądać i uwieczniać niepowtarzalne zachody słońca, przeloty wędrownych ptaków, jak również zwierzynę zamieszkującą największą wyspę jeziora – Antelope Island. Popularne jest tu też żeglowanie po zazwyczaj spokojnych wodach jeziora, dlatego też zbudowano przystań jachtów, z której oprócz żaglówek na jezioro wypływa prom wycieczkowy oferujacy kursy na Antelope Island, w czasie których oferowany jest wystawny obiad.
Great Salt Lake jest największym naturalnym jeziorem na zachód od rzeki Mississippi. Jest ono pozostałością po prehistorycznym Lake Bonneville, które pokrywało ponad 20 tysięcy kwadratowych mil w czasie epoki lodowcowej ( znaczną część dzisiejszego stanu Utah i część stanu Nevada). Do dziś w otaczających dolinę pasmach górskich widoczne są granice brzegów tego olbrzymiego jeziora, wzdłuż których prowadzą szlaki (słynne Lake Bonneville shoreline trails), wędrówka którymi napawa nasze oczy najcudowniejszymi na świecie widokami. Ale o tym w osobnym reportażu.
Obecnie Wielkie Słone Jezioro rozciąga się na 75 mil długości i 28 mil szerokości i pokrywa łącznie pnad 1700 mil kwadratowych powierzchni. Obecnie największa jego głębokość sięga ok. 11 metrów a więc jest jeziorem stosunkowo płytkim. W zasadzie wielkość i głębokośc jeziora jest dość zmienna i zależy od opadów (głównie śniegu) i ewaporacji.
Woda wpływa do jeziora z 4 głównych spływów rzecznych niosących w swoich prądach rocznie ok. 2,2 miliona ton przeróżnych minerałów, które gromadzą się i koncentrują w wodach jeziora, ponieważ nie ma ono odpływu i woda opuszcza je jedynie poprzez ewaporację. Zasolenie jeziora jest różne w różnych jego regionach i waha się w granicach między 5-28 % a więc znacznie wyższe niż w oceanach. Na wodzie Słonego Jeziora można swobodnie leżeć, bez obawy utonięcia.
Wysokie zasolenie jest zbyt wysokie, aby w wodach jeziora mogły przeżyć ryby, czy inne zwierzęta wodne… ale specjalny gatunek krewetek (brine shrimps), równie specjalny gatunek much (brine shrimp flies) oraz kilka gatunków alg doskonale rozwija się w słonych wodach. Tak krewetki, jak i muchy żerują na algach a dla migrujących milionów ptaków stanowią doskonały pokarm.
Na Wielkim Słonym jeziorze jest 8 wysp, z których tylko na 5 jest dozwolony dostep. Pozostałe – to małe kamienne wysepki, które służą jako siedliska lęgowe dla ptaków i wstęp na nie jest zabroniony. Największą jest Antelope Island, na którą można dojechać samochodem, gdyż zbudowano na nią drogę dojazdową poprzez płyciznę. W związku z łatwością dojazdu wyspa ta jest popularnym miejscem odwiedzin turystów. Dodatkową atrakcja tej wyspy są ogromne stada bizonów, które zostały tu sprowadzone w latach 1880-tych (5 sztuk) i z powodu ogromnych połaci pastwisk i pomocy człowieka rozmnożyły się. Obecnie stado liczy ponad 700 sztuk żyjących w corralach, jak również znaczna liczba buffalo żyje na wolności (open range) i można je z bliska fotografować, aczkolwiek monumentalne samce moga być grożne i należy zachować daleko idącą ostrożność. Oprócz buffalo, wyspę zamieszkuje kilka gatunków zwierząt: rysie, kojoty, zające, jelenie i antylopy oraz cała masy różnych gryzoni i jaszczurek. Na Antelope Island jest kilka miejsc kampingowych, przystań, dwie plaże, visitor center, sklep z upominkami, mały bar oraz wiele punktów widokowych. Znajduje się też w południowym krańcu wyspy stare rancho (Fielding Garr Ranch) założone w roku 1849 przez Fieldinga Garra, który przybył na wyspę na tratwie z żoną, szóstką dzieci i dwoma tuzinami owiec. Początkowo mieszkali w małym domku na kołach aż do czasu zbudowania większego domu. Dzieci osadnika od najmłodszych lat ciężko pracowały i nietrudno sobie wyobrazić jak niełatwe było życie na wyspie. Z czasem rozbudowano całe rancho, zatrudniono pracowników i powiekszono hodowlę o bydło i kozy. Dziś rancho jest historycznym muzeum, które oprócz historii pionierstwa oferuje konne wyprawy po całej wyspie. Cała wyspa to ponad 28 tys. akrów powierzchni ( ok. 15 mil długości i 4,5 mili szerokości) z najwyższym szczytem – Frary Peak (6596 stóp npm), do którego można się wspiąć dość łatwo wytyczonym szlakiem.
Drugą co do wielkości jest Stansbury Island, do której też ( z powodu obniżenia poziomu jeziora) zbudowano drogę, aczkolwiek nie asfaltową. Cała wyspa jest pastwiskiem dla wielotysięcznych stad bydła i człowiek zapuszcza sie na nią ( za specjalnym zezwoleniem) tylko w sezonie polowań na jelenie i antylopy.
Pozostałe wyspy na Wielkim Słonym Jeziorze to : Fremont, Carrington, Gunnison,Dolphin, Bird i Badger.
Na północnym krańcu jeziora rozciąga się rozległy półwysep Promontory Point, w pobliżu którego jest historyczny punkt, gdzie spotkały sie niegdyś linie kolei budowanych od strony południowej i północnej jednocześnie a znaczenie tego spotkania podkreśla przepięknie kolorowa lokomotywa z tamtych czasów umiejscowiona w punkcie spotkania budowniczych kolei.
Ze względu na ewaporację wód Słonego Jeziora, na jego obrzeżach powstały ogromne rozlewiska wodne i bagna (wetlands), które są dziś rajem dla przelotnych ptaków, mogących tutaj wypocząć i znależć dużo pożywienia a dla miłosników obserwacji legów i migracji ptactwa dają szansę na podglądanie ich niemal w zasiegu ręki.
Liczne znaleziska archeologiczne wskazują, że na wyspie ok. 6000 lat temu zamieszkiwali ludzie, trudniący się głównie polowaniem, bo sladów upraw nie znaleziono ale potem wyspę opuścili z powodów nieznanych. Najprawdopodobniej zaczynało brakować zwierzyny ( bizonów wszak wtedy na wyspie jeszcze nie bylo) i ówczesni mieszkańcy musieli szukać innych łowisk.

Wielkie Słone Jezioro o zachodzie.

Samotny żagiel na spokojnych falach Wielkiego Słonego Jeziora.

Amatorzy nocnych rejsów nie należą do rzadkości.

Jezioro prezentuje się najpiękniej o zachodzie słońca.

W oddali widoczna wyspa Fremont.

Na wyschniętych częściach jeziora wyrasta rachityczna roslinność. To są właśnie nasze wetlands.

Droga na wyspe Antelope.

Widok wód jeziora i pasmo górskie widoczne z wyspy Antelope.

Antelope Island i mewy.

Wieczór na wyspie Antelope.

Rozlewiska Wielkiego Słonego Jeziora przed wschodem słońca.

Noc zapada nad jeziorem.

Zatoka White Rock Bay na wyspie Antelope. W jej pobliżu położone są pola kampingowe.

Stansbury Island, na której wypasa się stada bydła. Oprócz była wyspę te zamieszkują jelenie, antylopy, kojoty, zające oraz cała masa różnych gryzoni.

Na horyzoncie widoczne wyspy Stansbury i Fremont.

Piękny słoneczny dzień na Antelope Island.

Żerujące mewy, których tu jest tysiące.

Poranne mgły i Fremont Island.

Zaskoczony, choc nie bardzo wystraszony kojot.

Jeszcze jeden mieszkaniec wyspy,wyglądający swojsko lisek.

Nadszedł czas odlotów. Zobaczymy je znowu wiosną, kiedy obsiadać będą wyspy lęgowe.

Największe stada bisonów żyją w zamknietych corralach, tu są karmione i badane przez służby weterynaryjne.

Znaczna część żyje na wolności w tzw. open ranges.

Czasem udaje się podejść dość blisko.

I widok en face.

Jedna z licznych tu antylop (pronghorn).

Golden Spike. Lokomotywa- pomnik upamietniający spotkanie budowniczych kolei w pobliżu Promontory Point.

Fielding Garr Ranch.

W takim wozie Fielding Garr mieszkał z Zoną i sześciorgiem dzieci, zanim zbudował wiekszy dom. Wydaje mi się, ze Drzymała mieszkał w nieco wygodniejszym wozie.

A to już nowy dom. Dziś muzeum.
A U NAS ZNÓW JESIEŃ
Posted in Bez kategorii on 29 Październik 2009 by rejtanWprawdzie o naszej pięknej jesieni już kiedyś było, ale tu jesień ma bardzo zmienne kolory, zależne od wielu warunków pogodowych, od opadów deszczu, od nasłonecznienia, od temperatur, które przecież nie są każdego roku takie same. Więc zdecydowałem pokazać tegoroczną jesień, która jest wyjątkowo piękna, dość ciepła i, jak na tutejsze warunki, wilgotna. Najpierw pokazała się w górach w całej swojej orgii kolorów a póżniej kiedy w wyższych partiach gór spadł pierwszy snieg, zstapiła do naszej doliny barwiąc parki, alejki miejskie i przydomowe ogrody w barwy zaiste wyjątkowe. Napawam się pięknem naszej jesieni od wielu lat, ale corocznie zaskakuje mnie ona czymś nowym i niezwykłym. Często fotografuję te same miejsca i porównując je zauważam, że każdego roku jest troche inaczej. I właśnie ta zmienność i różnorodność kolorów przyciąga w góry tysiące wędrowców i amatorów fotografii nie tylko lokalnych ale także turystów z wielu dalszych regionów, w tym i turystów zagranicznych. Obwieszony kilkoma aparatami snuję się po górskich scieżkach i wykrotach, podgladam ptaki i zwierzynę i tak mi dobrze, że na powrót do domu nie mam ochoty, choć i w dolinie oraz wokół mego domu jest też pieknie i kolorowo. Nawet niebo jesienne ma inne niż zazwyczaj kolory, tak jakby ta czerwień liści odbijała się w błękicie i barwiła niebo w rudawo-czerwone odcienie. A rzadko spotykane tutaj w okresie lata chmury, teraz upiększają niebo wspaniałymi ornamentami niespotykanych kolorów i kształtów. Jednym słowem, jest to najpiękniejsza pora roku i szkoda, że tak krótko trwa, jak i ta typowa jesienna melancholia, odczuwając którą człowiek czuje się pełniejszy i bogatszy wewnętrznie. Wkrótce przyjdzie równie piękna zima, grube warstwy śniegu pokryja góry i dolinę, ruszymy po nowe, jakże odmienne już przygody i zmieni się też nasz nastrój, minie melancholia i zadumanie, mróz wymrozi wszystko co kolorowe a góry zapełnią się śmiechem i szumem wiatru w uszach, gdy szusować będziemy po cudownie ośnieżonych stokach.

Wasatch Range w jesiennej krasie.

Idąc szlakiem w kierunku Lake Desolation wyrasta przed nami przepiękny las osikowy z niesomowicie rudymi koronami osadzonymi na białych pniach zanurzonych w czerwonozłotym poszyciu.

Zbaczając ze szlaku w kierunku zachodnim dochodzimy do jeziora Dog Lake, w którym odbijają się wspaniałe kolory liściastych lasów.

Malownicza dróżka prowadząca w głąb lasu.

Jeszcze jedno górskie jeziorko z odbitym w niezmąconej tafli wody kolorowym drzewostanem.

Wieczorno-jesienne kolory nieba odbijają się na powierzchni Wielkiego Słonego Jeziora z widoczną w oddali jedną z pięciu leżących na nim wysp.

Piękne czerwone liście klonów na tle zielonych jeszcze dębów.

Rudawe paprocie stanowią poszycie osikowego lasu.

” Czerwień kapie z parku na ulicę…”

Droga przez las w popołudniowych godzinach.

A tak wygląda przed południem.

Jesienne mgły snują się nad Snake River. Ile w tym obrazie tajemniczości i mistyki? Wydawać by się mogło, że za chwilę wynurzą sie z niej trolle i rusałki aby pogrążyć się w szaleńczym tańcu przy świetle księżyca.

Pełna jesień u podnóża majestatycznego i już pokrytego świeżą szatą śniegu Mount Timpanogos.

Strzeliste osiki sięgają nieba.

Patio w kolorowej szacie a świeże dynie czekają na zbliżający się Haloween.

Przed nami jeszcze jeden przepiękny las, jak z bajki.

Promienie wieczornego słońca przeświecają przez listowie.

Góry przed jesienną burzą.

Mały gryzoń korzysta z ostatnich ciepłych promieni słońca przed zimowym snem.

Brak słów. Wypada tylko zamilknąć w pokorze.

A w miejskim parku równie cudne kolory odbijaja się w stawie.

Czy to jesień, czy już zima?

Przecudnie kolorowy wieczór nad jeziorem.

Wieczorne niebo przekreśla ptak swoim lotem.

Płonie niebo na zachodzie.

Nawet bardzo wysoko w górach jeszcze jesiennie, choć wiele partii pokrywa już śnieg.
Kiedy pracuję nad tym wpisem, dolinę Słonego Jeziora z całą aglomeracją miejską pokrywa już biała warstwa śniegu, a góry zasypane jego grubą warstwą. Stoki narciarskie gotowe przyjąć pierwszych amatorów białego szaleństwa. Do pięknej i majestatycznej Pani Jesieni z całym jej urokiem i przepychem przyjdzie nam teraz tęsknić aż do przyszłego września. Bywaj Królowo i zajrzyj tu znowu koniecznie w przyszłym roku.
ZASADY WYPIEKU CHLEBA DOMOWEGO
Posted in Bez kategorii on 15 Sierpień 2009 by rejtanZ doświadczenia wszyscy wiemy, jak trudno jest kupić dobre pieczywo w sklepie. Jeśli nawet uda nam się utrafić w niezły smak, wiemy że pieczywa przemysłowe zawierają naogół składniki konserwujące i są wypiekane ze składników pochodzących z surowców GMO. Pamiętamy dobrze, zwłaszcza ci starsi z nas, niepowtarzalne smaki i zapachy domowych chlebków wypiekanych przez nasze babcie i wiemy, że żaden przemysłowy wypiek nie jest w stanie dorównać domowemu. Wydawać by się mogło, że wypiek domowego pieczywa to wyzwanie niezwykle trudne, podczas gdy w rzeczywistości jest to bardzo łatwa sztuka, nie wymagająca wcale skomplikowanego sprzętu, ani nadzwyczajnych umiejętności a dająca w dodatku niezwykłą satysfakcję i możliwość eksperymentowania. Przekonamy się, że po wypieczeniu kilku bochenków chleba i poznaniu kilku podstawowych zasad, poczujemy się pewniej i bardziej gotowi do kreowania własnych oryginalnych przepisów.
W zasadzie istnieją dwa podstawowe metody wypieku chleba:
- z użyciem drożdży i
- z uzyciem zakwasu.
Metoda z użyciem drożdży jest prostsza i mniej pracochłonna, znacznie przyśpiesza proces i jest przeze mnie polecana początkującym. Chleby z uzyciem drożdży aktywnych są równie smaczne, jak te z użyciem naturalnego zakwasu a ich zaletą jest również szerszy asortyment dostępnych przepisów. Metoda z użyciem zakwasu jest metodą wielofazową, wymagającą cierpliwości, czasu i umiejętności przygotowania dobrego zakwasu.
WYPIEK CHLEBA Z UŻYCIEM DROŻDŻY AKTYWNYCH
Przepisy na wypiek chlebów drożdżowych są niezwykle proste i wymagają jedynie kilka prostych składników oraz 2-3 godzin czasu, bez konieczności pilnowania ciasta. Główne składniki to: mąka, drożdże aktywne (ja używam wyłącznie drożdży sychych aktywnych) i płyn. Użycie cukru, jajek i tłuszczu jest opcjonalne, choc użycie cukru, miodu lub melasy znacznie przyśpiesza aktywowanie drożdży. Jako płynu najczęściej używamy wodę, ale powszechnym jest używanie, mleka, maślanki, piwa itp..
Przy wypieku chlebów drożdżowych najlepiej sprawdza się użycie mąki pszennej ( tak czystej jak i razowej), lub jej pokrewnych (orkisz, kamut itp.). Mąka ta zawiera duże ilości protein (gluten), które powodują „puchnięcie” ciasta i nadają mu miekką, delikatną konsystencję. Dla uzyskania bardziej wyrafinowanych i oryginalnych smaków, można dodawać do mąki podstawowej pewne ilości innych rodzajów mąki, jak: mąka żytnia, kukurydziana, owsiana, jęczmienna, gryczana, mąka z siemienia lnianego, amarantusa czy innych dostępnych nasion. Aby uniknąć konieczności używania mąki przemysłowej, dobrze jest przyrządzać własną. Dostępne są w sklepach specjalistycznych i stosunkowo niedrogie młynki do ziarna, jak również szeroki asortyment zdrowych ( nie GMO) zboż i nasion, które możemy w domu przetwarzać na mąkę lub otręby ( również bardzo przydatne do wypieku chlebów), w zależności od potrzeb i w ilościach akurat nam potrzebnych.
Dlaczego używamy drożdży? Drożdże produkują wydzielanie się gazu powodującego rośnięcie ciasta, jak również działają korzystnie na smak i aromat pieczywa. Ja zawsze używam drożdży suchych aktywnych, które doskonale spełniają swoją rolę.
Z kolei płyny, których używamy do drożdży, pozwalają nam je równo rozprowadzać i tu musimy uważać na zachowanie odpowiedniej temperatury płynu, który nie powinien być ani za zimny ani zbyt gorący. W zimnym drożdże nie będą się aktywować, a zbyt gorący je zabije.
Tłuszcze ( masło, olej, margaryna) są opcjonalne, jednak dodają one pieczywu zapachu i czynią je odpowiednio wilgotnym. Jako dodatki smakowe dodajemy do ciasta najczęściej wszelakie orzechy, rodzynki, owoce, nasiona, zioła oraz inne przyprawy korzenne.
Zaczynamy naszą przygodę od aktywowania drożdży. W ciepłym płynie (40-45 st. C) rozpuszczamy dokładnie drożdże a dodanie cukru miodu lub melasy znacznie przyśpiesza aktywację. Kiedy drożdże już się dokładnie rozpuszczą i obficie spienią, rozpoczynamy mieszanie ciasta. Najlepiej uzywać zwykłego domowego miksera o mocy conajmniej 375W, do którego wlewamy mieszankę zaktywowanych drożdży i dodajemy stopniowo po trochę mąkę oraz inne składniki, których zamierzamy użyć w przepisie. Miksujemy kilka minut. Następną czynnością jest ręczne wyrabianie ciasta, które wykonujemy na lekko posypaną mąką stolnicy lub innej gładkiej powierzchni przez około 10-15 minut. Wyrabianie ciasta nadaję mu miekką, elastyczną konsystencję, usuwając nadmiar pęcherzyków powietrza. Po wyrobieniu układamy ciasto w natłuszczonym naczyniu, przykrywając wilgotnym płótnem do wyrośnięcia na około 1-1,5 godziny. Przy wypieku chleba zawsze stosujemy dwukrotne wyrastanie ciasta. Po pierwszym wyrośnięciu uderzamy ciasto pięścią, aby opadło a nastepnie nadajemy mu pożądany kształt i układamy na natłuszczonej blasze lub rynience do ponownego wyrosnięcia, zwykle około 15-30 minut. Ciasto powinno podwoić swoją objętość. Przed włożeniem do piekarnika dobrze jest naciąć ostrym nożem powierzchnię ciasta ( zapobiega to pękaniu chleba) oraz udekorować mąką, makiem, czarnuszką, kminkiem, sezamem lub innymi dowolnymi nasionami. Uprzednie posmarowanie ciasta wodą, mlekiem lub jajkiem powoduje, że skórka będzie chrupka i błyszcząca.
Gotowe ciasto wkładamy do piekarnika nagrzanego do 195-205 st. C na około 35-45 minut. Przy uyciu ciast cięższych pieczemy nieco dłużej obniżając z kolei trochę temperaturę piekarnika. Po upieczeniu chleb chłodzimy na specjalnej metalowej kratce do chłodzenia, co umożliwa jednoczesne chłodzenie chleba ze wszystkich stron.
WYPIEK CHLEBA Z UŻYCIEM ZAKWASU
Jest to wypiek bez użycia drożdży. Poprzez przyrządzenie zaczynu z zakwasu, w którym rozwijają się dzikie drożdże można, można spowodować naturalne rośnięcie ciasta, co było praktykowane od zarania ludzkości, gdyż jak wiadomo, wyodrębnione drożdże nie były wtedy jeszcze znane. Zakwas jest mieszanką mąki i wody, w której w której tworzą się dzikie drożdże i bakterie. Zakwas można przechowywać w nieskończoność, jeśli będziemy go ciągle „dokarmiać”. Najlepszym naczyniem do przygotowania zakwasu jest szeroki szklany słój z zakrętką uszczelnianą gumką. W takim słoju mieszamy szklankę wody ze szklanką mąki i odstawiamy w ciepłe miejsce. Ja używam głównie mąkę pszenną razową, ale użycie mąki żytniej lub żytniej z dodatkiem płatków owsianych również daje doskonałe rezultaty, zwłaszcza przy przyrządzaniu chlebów żytnich lub żytnio-jęczmiennych. zakwas dokarmiamy co mniej więcej 24 godziny, usuwając jego część a uzupełniając go taką samą ilością wody i mąki. Po 3-4 dniach zakwas jest gotowy. Rozpoznajemy to po tym, że będzie spieniony i poczujemy ze słoja kwaśny zapach podobny nieco do zapachu piwa. Gotowy zakwas należy trzymać w lodowce gotowy do ponownego użycia i wystarczy go dokarmiać raz w tygodniu.
Zanim przyrządzimy ciasto na zakwasie, należy przyrządzić zaczyn. Zakwas wlewamy do miski i dodajemy ciepłej wody, a po dokładnym wymieszaniu odstawiamy w ciepłe miejsce na wiele godzin ( od 12 godzin do 3 dni w zależności od przepisu), aby spowodować fermentację. Kiedy zaczyn jest dobrze spieniony, jest gotowy. Im zaczyn dłużej fermentuje, tym chleb będzie kwaśniejszy.
Teraz do zaczynu dodajemy cukier, sól, olej lub roztopione masło i dokładnie miksujemy w mikserze dodając stopniowo mąkę. jeśli uzywamy kilku gatunków mąki, zawsze dodajemy najpierw ilości mniejsze. Po zmiksowaniu wyrabiamy ciasto ręcznie, podobnie jak przy użyciu drożdży i odstawiamy do wyrośniecia w natłuszczonym naczyniu przykrywając wilgotnym płótnem. Ciasto na zakwasie wyrasta znacznie wolniej, musimy więc uzbroić się w cierpliwość. Ciasto powinno podwoić swoją objętość i zajmuje to niekiedy wiele godzin. Jego gotowość sprawdzamy wciskając w nie kciuk, powodując zagłębienie i jeśli zagłębienie nie powraca do stanu poprzedniego, oznacza to, że jest gotowe. Nastepnie uderzamy ciasto pięścią do opadnięcia i ponownie wyrabiamy przez kilka minut. Nadajemy pożądany kształt i umieszczamy na natłuszczonej blasze prykrywając wilgotnym płótnem do ponownego wyrośnięcia, tym razem już na znacznie krócej. Ciasto nacinamy delikatnie ostrym nożem, smarujemy wodą, mlekiem lub jajkiem i dekorujemy dowolnie nasionami lub gruboziarnistą solą. W piekarniku nagrzanym do około 175 st. C pieczemy 30-45 minut. Po schłodzeniu chlebek jest gotowy.
W powszechnym użyciu są specjalne maszyny do wypieku chleba ( zresztą znacznie upraszczające cały proces), ale ja ich nie używam z wielu powodów. Po pierwsze – preferuję metody tradycyjne, podpatrzone w domu rodzinnym. Po drugie – użycie maszyny nie daje możliwości nadawania bochenkom pożądanego kształtu, robienia charakterystycznych nacięć, nabłyszczania, dekorowania nasionami itp., tak jak czyniły to nasze babcie. Po trzecie – chleb z maszyny nigdy nie będzie miał tak chrupiacej skórki i wydaje sie bardzo podobny do chlebów przemysłowych. I wreszcie po czwarte – chleb z maszyny niejako niweluje wrażenie, że wypiekamy chleb prawdziwie domowy i ukształtowany własnymi rękami.
Po zrozumieniu tych kilku generalnych zasad, wystarczy tylko zawinąć rękawy, ubrać fartuch i rozpocząć nową, wspaniałą przygodę.
A teraz wypada dla przykładu zamieścić kilka sprawdzonych przepisów, a właściwie składników, gdyż zasady i cały proces wypieku już sobie opisaliśmy.
CHLEB PSZENNY ORKISZOWY NA ZAKWASIE
1/3 szklanki zakwasu,
300g. mąki orkiszowej,
120g. mąki pszennej,
11/2 łyżeczki soli,
1 szklanka wody,
1 łyżka słodu jęczmiennego,
1 łyżka oliwy z oliwek,
1/4 szklanki nasion sezamowych.

CHLEB PSZENNY RAZOWY NA PIWIE
1 opakowanie drożdży suchych aktywnych,
2 łyżeczki cukru,
1 szklanka wody,
1 szklanka piwa jasnego,
1/2 szklanki miodu,
1 łyżka oliwy,
1 łyżka soli,
1 łyżka octu jabłkowego,
41/2 szklanki mąki pszennej razowej,
woda do posmarowania i mąka do posypania skórki.

CHLEB PSZENNY RAZOWY Z MAŚLANKĄ
1 opakowanie drożdży aktywnych,
1 łyżka cukru,
1/2 szklanki ciepłej wody,
1 szklanka maślanki,
1 1/2 łyżeczki soli,
3 szklanki mąki pszennej razowej.

CHLEB PSZENNY RAZOWY Z KMINKIEM
1 opakowanie drożdży aktywnych,
1/2 szklanki ciepłej wody,
2 łyżki miodu,
1 szklanka piwa,
1 łyżka oliwy,
1 1/2 łyżeczki soli,
1 łyżeczka kminku,
4 szklanki mąki pszennej razowej,
1 szklanka mąki żytniej,
woda i mąka do dekoracji.

CHLEB SYCYLIJSKI NA DROŻDŻACH
1 opakowanie drożdży aktywnych,
1 szklanka ciepłej wody,
1 łyżeczka soli,
3 szklanki mąki pszennej białej,
0,5 szklanki mąki pszennej chlebowej,
nasiona sezamowe do posypania.

CHLEB ŻYTNI NA ZAKWASIE
1 szklanka zakwasu + woda do zaczynu,
1 szklanka wody,
2 1/2 szklanki mąki żytniej,
1 szklanka mąki pszennej razowej,
1/2 szklanki mąki jęczmiennej,
1 1/4 szklanki mąki pszennej białej,
2 łyżeczki soli,
woda i mąka do posypania.

CHLEB ŻYTNI Z OTRĘBAMI
1 opakowanie drożdży aktywnych,
2/3 szklanki ciepłej wody,
2/3 szklanki ciepłego mleka,
1 łyżeczka kminku,
1 łyżeczka soli,
2 szklanki mąki żytniej,
1 szklanka mąki pszennej razowej,
1 szklanka otrąb pszennych,
1 łyżeczka miodu,
woda i trochę otrąb do posypania.

CHLEB PSZENNY Z OLIWKAMI
1 opakowanie drożdży aktywnych,
2 łyżeczki cukru,
1/2 szklanki ciepłej wody,
1 1/4 szklanki ciepłego mleka,
1/2 szklanki posiekanych drobno oliwek (czarnych),
1 łyżka oliwy,
1 ubite jajko,
2 łyżeczki soli,
4 szklanki mąki pszennej razowej,
ubite jajko na glazurę oraz sól i kminek do posypania.

SMACZNEGO!!!
HAWAII – NASZE WAKACJE NA WYSPIE O’AHU (2009)
Posted in Bez kategorii on 5 Sierpień 2009 by rejtanHawaii – grupa wysp na Pacyfiku oddalona o 5 godzin lotu z kontynentu północno-amerykańskiego, 50-ty stan USA. Cały archipelag składa się z ponad 100 wysp i wysepek, z czego tylko 7 jest zamieszkałych (Hawaii- zwana Big Island, Maui, Lanai, Molokai, O’ahu, Kauai i Ni’ihau) a na 8-mej (Koho’olawe) znajdują się obiekty wojskowe US Navy. Najliczniej zaludnioną jest O’AHU ze stolicą HONOLULU. Jest to centrum handlowo-turystyczno-polityczne stanu i tę wyspe wybraliśmy w tym roku za cel naszych wakacji.
Wyspy Hawajskie powstały w wyniku erupcji podwodnych wulkanów, z których wiele jest do dziś aktywymi, głownie na największej wyspie (Hawaii). O’ahu powstała około 3 miliony lat temu w wyniku erupcji kilku wulkanów w tym dwa główne (Punchbowl i Diamond Head). Wszystkie wulkany na wyspie O’ahu są od tysiącleci nieaktywne i dlatego wyspa ta jest najbardziej zaludniona.
Nie jest całkowicie pewne, kim byli pierwsi kolonizatorzy wysp hawajskich, ale wiele wskazuje na to, że przybyli około 200 AD w prymitywnych czółnach z innych wysp Polinezji ( Markizy, Tahiti i inne), na co wskazuje wyrażnie polinezyjski charakter kulturowy mieszkańców tych wysp. Przybyli oni na wyspy w pełni przygotowani do kolonizacji , o czym świadczą przetransplantowane przez nich nasiona roślin i zwierzyna, które przed ich przybyciem na wyspach nie występowały. Pierwszym białym odkrywcą wysp był James Cook, zresztą w rok po przybyciu zamordowany przez tubylców. Póżniej na wyspy przybyli inni, głownie dla trzciny cukrowej, która była tam uprawiana na wielka skalę i zakładali plantacje, zatrudniając wielu emigrantów zarobkowych z Chin. Dziś ludność orientalna jest wiekszością etniczną, dominując nawet ludność tubylczą.
U schyłku 19 wieku na wyspach dominował system plemienny i przywódcy poszczególnych plemion walczyli między sobą o całkowita kontrolę nad wszystkimi wyspami, aż jeden najwybitniejszy z nich KAMEHAMEHA WIELKI zdołał po licznych walkach zjednoczyć wszystkie plemiona i na wyspie O’ahu założył centrum królewskie w osadzie HONOLULU, które w krótkim czasie stało się ekonomicznym i politycznym centrum królestwa wysp hawajskich. Z powodu ingerencji obcego kapitału i ich interesów ( głównie produkcji i eksportu trzciny cukrowej) w 1898 roku wszystkie wyspy archipelagu zostały przyłączone ( jako dominium) do Stanów Zjednoczonych. Rola dynastii królewskiej zaczęła wyrżnie słabnąć i po plebiscycie, w którym 90 % ludności głosowało za, w 1959 roku Hawaje zostały oficialnie 50-tym stanem USA, krzyżując tym samym tajne plany aneksji wysp przez Japonię. Tak, czy owak – los królestwa był przesądzony.
Wracając do tematu naszych wakacji – w tym roku zdecydowalismy się spędzić je na wyspie O’ahu, tej najbardziej zaludnionej i najczęściej odwiedzanej przez turystów. Po dość długim ( 5 i pół godziny)ale spokojnym locie, wylądowaliśmy na lotnisku w Honolulu i pierwsze wrażenie, które odczuły nasze zmysły, to niesamowity zapach kwiatów, jakże różny od zapachu innych lotnisk i miast. Zaskoczył nas również fakt, że o godzinie 20:05 PM było już zupełnie ciemno ( w Salt Lake City o tej porze jest jeszcze bardzo słonecznie i jasno). Z powodu wczesnych ciemności a jednocześnie bardzo wczesnych wschodów słońca, na O’ahu życie budzi się bardzo wczesnie rano (4-5 rano). Z lotniska udaliśmy się wynajętym samochodem do naszego hotelu WAIKIKI MARIOTT HOTEL & RESORT. Zajęło to nam około 20 minut, mimo że największą dozwoloną szybkością na tej wyspie jest 40 mil/godz. ( dla porównania w aglomeracji Salt Lake City 65 mil/godz. a poza miastem 75mil/godz.). Nasz hotel położony tuż przy słynnej plaży Waikiki, z pełnym widokiem na ocean, bardzo nowoczesny i luksusowy zaoferował nam podziemny parking ( o parkingi w Waikiki bardzo trudno) za $27 za dobę i dostęp do szybkiego internetu za $13 doba, mimo że w reklamowych prospektach obiecywano darmowy internet a o parkingach nawet nie wspomniano. Szybko więc przekonaliśmy się, że koszt przelotu, hotelu i samochodu, to tylko połowa kosztów wakacji. Właśnie wszystkie te dodatkowe usługi są tu bardzo drogie, a wyżywienie ( zwłaszcza w dobrych restauracjach) jest najdroższe. Wkrótce jednak przekonaliśmy się, że mimo wszystko warto spędzić wakacje w tym raju.
Pierwszy wieczór po przybyciu do hotelu postanowiliśmy spędzić przy dobrej kolacji i odpoczynku, ale nie mogliśmy sobie odmówić spaceru plażą Waikiki i przepięknie oświetlonym nadbrzeżnym bulwarem KALAKAUA AVENUE ( Kalakaua – to jeden z królów hawajskich).
Po krótkim ale spokojnym śnie, wczesnym rankem ruszyliśmy odkrywać raj. Najpierw ponowny spacer bulwaren i plażą, krótka kąpiel w cieplutkim oceanie, karmienie ptaków i egzotycznych rybek na molo w KUHIO BEACH, potem spacer po parku KAPIOLANI (Kapi’olani – to jedna z królowych hawajskich). W parku uderza niesamowity zapach i różnorodność kwiatów, którymi obsypane są kwitnące okragły rok drzewa. Opisać tego nie sposób i póżniej pokażą to fotografie. Z parku w niewielkiej odległości widoczny jest krater nieczynnego wulkanu Diamond Head, któremu wyspa zawdzięcza swoje powstanie. Sejsmolodzy jednogłośnie stwierdzają, że jest całkowicie martwy i dlatego u jego podnóża leży dzielnica bardzo bogatych wielomilionowych rezydencji. Wnętrze krateru jest obecnie zarośnięte kwitnącymi drzewami oraz inna roślinnością, jest tam centrum informacyjne, kioski z napojami i parkingi na które można bez problemu dojechać samochodem. Co też uczyniliśmy. Z parkingów prowadzi dobrze utrzymany szlak na najwyższy szczyt krateru, gdzie jest zbudowany punkt obserwacyjny. Przed wyruszeniem na wspinaczkę ( wreszcie czuję się jak w domu) zaopatrujemy się w wodę, bo wspinaczka jest niełatwa, choć nieporównywalna ze wspinaczkami w naszych górach i ruszamy w drogę ( ok. 1 godziny). Widok ze szczytu wspaniały, cała Waikiki w dole przed nami po prawej, po lewej ocean z piękną latarnia morską a z tyłu za nami panorama Honolulu, którego nadmorska część ( włączając Waikiki)- to miasto drapaczy chmur ( ziemia tu jest droga i buduje się wysoko), a po prawej dzielnice mieszkalne sięgające aż po góry pokryte tropikalną dżunglą (O’ahu rainforest). Na wyspach panuje łagodny klimat tropikalny, różnica temperatur pomiędzy zimą a latem wynosi tylko kilka stopni. Jest znacznie chłodniej niż u nas w Utah latem a nawet zimą nikt nie ubiera długich spodni i koszul z długimi rękawami. Kąpać w oceanie można się okrągły rok. Przeto w następne dni ruszamy samochodem w objazd wyspy i odwiedzamy kolejne plaże, najpierw Hanauma Bay, następnie Makapu’u Beach, Waimanalo, Lanikai, Kane’ohe, Ka’a'awa Beach, Malaekahana Bay, Turtle Bay (słynny North Shore z najwyższymi falami), Waimea aż do Ka’ena Point, gdzie z powodu wysokich skarp droga się urywa. Na południe od Waimea prowadzi szosa do słynnej plantacji ananasów Dole’a gdzie można kupić świeżutkie ananasy, najsoczystsze w świecie. Odkrywanie piekna tych plaż zajmuje nam kilka dni. Nastepnie zapragnęliśmy odwiedzić tropikalny rainforest i wybraliśmy się w dość długa wspinaczke do wodospadu Manoa. Długim i bardzo śliskim szlakiem dotarlismy do wodospadu, który okazał sie znacznie wyschnietym, ponieważ w ciągu uprzednich dziesięciu dni nie było tu deszczu a wodospad wypełnia się tylko po deszczach ( powodowanych przez tzw. trade winds), które zazwyczaj padają tu co drugi dzień i nasączając rainforest rzadko docierają do sąsiadującego z nim miasta. Można zaobserwować deszczowe chmury wiszące nad górami a w dole na plażach słońce. Sam rainforest przypomina dżunglę Amazonii, ale brak tu owadów ( co nas bardzo ucieszyło). Owady są na Hawajach rzadkością, a kwiaty zapylane są głównie przez wiatr i mnogość egzotycznych ptaków, które żerują na nasionach tychże. Jednym słowem – doświadczenie wspinaczki przez dżunglę hawajską jest niepowtarzalne, flora jest tak bujna i niesamowita, że człowiek czuje się zdominowany przez jej róznorodność i ogrom.
Następną wyprawą, była wycieczka do Pearl Harbor i tej atrakcji nie wolno nam było opuścić. Wszyscy wiedzą, że w dniu 7 grudnia 1941 roku ( na równe dwa lata przed moim urodzeniem w gułagach Syberii), japońskie myśliwce zaatakowały bez ostrzeżenia wojskowy port Pearl Harbor na wyspie O’ahu i dokonały niesamowitych zniszczeń obiektów i okretów wojennych US Navy. Tym samym zmuszając rząd Stanów Zjednoczonych do wydania wojny Japonii. Dziś Pearl Harbor to nie tylko aktywne obiekty wojskowe, ale i muzeum historyczne, przypominające tragedię tamtych czasów. Większość zatopionych podczas ataku okretów do dziś pozostaje pod wodą a USS Arizona jest pomnikiem najważniejszym, gdyż zgineło tam 1177 marynarzy US Navy, w tym wielu pochodzenia japońskiego i wielu Polaków. USS Arizona do dziś pozostaje pod wodą a jej wrak jest grobem znacznej ilości marynarzy, gdyż ich ciał nigdy nie wydobyto. Do dziś z wraku wydostają się resztki paliw i oliwy wyrażnie widoczne na powierzchni. Nad wrakiem znajdującym sie tuż pod powierzchnia wody zbudowano muzeum (USS Arizona Memorial), skąd obserwować można zanużone w wodach zatoki szczątki okretu. Wielka tablica pamiatkowa ukazuje nazwiska wszystkich poległych, w tym nazwisk polskich jest zaskakujaco duża ilość.
Kolejną wyprawą jest odwiedzenie kolejnego krateru w środku Honolulu, którym jest Punchbowl – dziś cmentarz w samym środku krateru, gdzie pochowani są ludzie zasłużeni dla tych wysp ( politycy, żołnierze, astronauci, artyści itp.)
Jedną z wiekszych atrakcji O’ahu są ogrody botaniczne, których jest tu ogromna ilość, ukazująca bogactwo miejscowej przyrody. Tak niesamowitych i egzotycznych roślin, drzew i kwiatów nie da się spotkać w innych zakatkach świata.

Honolulu International Airport. Po wyjściu z samolotu uderza nas niesamowity zapach kwiatów, ktory nie opuści nas aż do opuszczenia wyspy.

Nasz hotel.

Nasz hotel Waikiki Mariott Hotel & Resort.

Poranny spacer plażą Waikiki.

Poranna kawa Starbucks na molo w Kuhio Beach.

Sieć hoteli przy bulwarze Kalakaua i Waikiki Beach.

Waikiki Beach przedpołudniową porą. W tle na końcu nasz hotel i fragment krateru Diamond Head.

Krater Diamond Head widoczny ponad parkiem Kapi’olani. Zawdzięcza swoja nazwę kryształkom kwarcu, które kiedyś pomyłkowo nieświadomi poszukiwacze uznali za diamenty.

Spacerek bulwarem przed naszym hotelem. Właśnie obaliłem dwa zimne piwka i troche mi się brzuch ze spodni wylewa.

Odpoczynek po obiedzie na bulwarze Kalakaua.

Waikiki widoczna ze szczytu krateru Diamond Head.

Na kraterze. W dole Pacyfik.

U stóp królowej Kapi’olani, od ktorej imienia nazwano przepiękny park.

Pod pomnikiem surfera. Surfing – to najpopularniejszy tutaj sport.

Jak widać na załączonym obrazku, w parku Kapi’olani są również małpy.

To niesamowite drzewo, to hawajski banyan ( z rodziny fikusów). tych drzew jest tu bardzo dużo.

Jeszcze raz hawaian banyon.

Flower fairy.

Tu na molo Kuhio karmilismy gołębie i inne ptaszki.

Zimne piwka na balkonie naszego hotelu.

Trzy prześliczne papużki.

Papugi polubiły także mnie, ale trochę mniej, bo ta niebiesko-żółta nieżle mnie szczypnęła i dlatego trzymam ją w tej pozycji.

Przed kościołem św. Augustyna w Waikiki.

Prześlicznie ukwiecone drzewa .

Prawdziwy baobab (tak- baobaby rosną na O’ahu) w ogrodzie botanicznym w Honolulu.

Róże kwitną w ogrodzie botanicznym.

Eukaliptus (tak- eukaliptusy rosną na O’ahu.)

Na bulwarze.

W akwarium.

Przed wejściem do hotelu.

Tunel.

W parku Pauahi (jeszcze jedna królowa hawajska).

Royal center w parku Pauahi.

Centrum królewskie. Pięknie wkomponowana nowoczesna architektura.

Jak wyżej.

Widok z dachu eleganckiej restauracji u Wolfganga.

Świeżutkie kokosy, które można zrywać z dachu owej restauracji.

Park Center. Wejście do ogromnego centrum handlowego.

Kahala Beach. Rzut okiem w kierunku Tahiti.

Hanauma Beach.

Ewa Beach.

Ka’a'awa Beach.

Kahala Beach.

Kailua Beach.

Ko’olina Lagoon.

Kuhio Beach.

Lanikai Beach.

Makapu’u Beach.

Waimanalo Beach.

Pahumoa Beach.

Maleakahana Beach.

Mokuleia Beach. North Shore.

Awapuhi.
Dwa Dwa grubasy. Baobab i ja.

Nie udało mi się ustalić nazwy tego kwiatu.

Bird of Paradise.

Któż mógł przypuszczać, że tu są również bociany.

Bougainvillea. Bardzo powszechny tu krzew.

Cannonball tree. Niebezpiecznie zbliżać się do niego, bo te kule są dość ciężkie.

Chiński hibiscus.

Cytrynowy hibiscus.

Golden tree.

Kokia keokeo. Rodzimy hawajski hibiscus.

Jeszcze jeden egzotyczny kwiat, którego nazwy nie znam.





Dziwne kwiaty wyrastajace wprost z pnia drzewa. Zaznaczam, że nie jest to obca roślina w symbiozie z drzewem, tylko jej kwiat.

Jeszcze jedno drzewo , którego kwiaty wyrastają z pnia.










Owoc NONI. Z tego owocu produkuje sie soki i ekstrakty zdrowotne, wzmacniajace odporność organizmu i doskonałe przeciwutleniacze, stosowane zachowawczo w wielu dolegliwościach.

Ohi’a loke.

Ohi’a.

Orange hibiscus.

Orchidee.

Owoce palmy hawajskiej.

Palm flower.

Pink hibiscus.

Pomelos.
![]()
Heliconia tęczowa.

Red ginger. Przywieżliśmy do domu śliczną sadzonkę, ale w naszym klimacie mozna ją hodować tylko w doniczkach.

Tabebuia.

Kwiat tulipanowca.

Yellow ginger.

Yellow hibiscus.

Plumeria. Najpopularniejszy i najpospolitszy tutaj kwiat rosnący na małych drzewach i krzewach, uzywany powszechnie do tradycyjnych hawajskich lei. Wystepuje w kilku kolorach (biały, czerwony, różowy i żółty) i takie sadzonki posiadamy w naszej kolekcji egzotycznych roślin.

Tablice upamietniające nazwiska wszystkich poległych w czasie ataku na Pearl Harbour.

USS Arizona Memorial. Budynek zawieszony nad zatopionym wrakiem okrętu na którym zginęlo prawie 1200 marynarzy.

Wrak zatopionego okrętu USS Arizona. Wiele ciał pozostało we wraku, który stał sie tym samym masowym grobem marynarzy.

Tablice z listami poległych na USS Arizona. Znalazłem tam bardzo wiele polskich nazwisk.

Bulwar Kalakaua, gdzie odbyliśmy wiele spacerów i wydalismy dość sporo pieniędzy na zakupy w boutikach.

Nowoczesne Downtown Honolulu.

Honolulu – Waikiki.

Rezydencja gubernatora stanu Hawaii w śródmieściu Honolulu.

Galeria obrazów, w której widzieliśmy oryginalne autoportrety Anthony Quinn’a.

Bulwar przed zachodem słońca.

Pałac królewski w Honolulu.

Waikiki widoczne z mola Kuhio.

Wieżowce Waikiki.

Wieczór.

Żywe rzeżby na bulwarze.

Hawajski zachód słońca.

Latarnia morska ze szczytu Diamond Head.

Palmy.

Pomnik króla Kalakaua.

Sztuczne wodospady w centrum Waikiki.

Po mszy w parafii Sw. Augustyna. Wspólna fotografia z egzotycznym i wielkim proboszczem Lauhina. Okazuje się, że był kiedyś w Polsce i zauroczył go Kraków.

Wypożyczalnia sprzętu na plaży.

Punchbowl Cemetery. Cmentarz dla zasłużonych we wnętrzu krateru Punchbowl.

Inny fragment cmentarza.

Tropical rainforest.

Jak wyżej.

W hawajskiej dżungli.

Egzotyczny owoc.

Ogromne paprocie.

Bambusy. Te młode pędy rosną do 70 cm. na dobę i jako bardzo młode są jadalne.

Wodospad Manoa. Mieliśmy pecha, bo akurat nie było deszczów i był prawie całkowicie wyschnięty.

Pożegnanie z oceanem.
GÓRY SKALISTE ZIMĄ – MOJE WSPINACZKI (kopia ze stycznia 2009 r.)
Posted in Bez kategorii on 28 Lipiec 2009 by rejtanKażda pora roku w Górach Skalistych ma swój niezwykły urok. Wiosenne nabrzmiałe masami wód z topniejących śniegów strumienie, pierwsza zieleń i niesmiałe paki dzikich kwiatów, urok budzącego się życia, pełnego nowych zapachów i barw nadają tej porze roku charakter niepowtarzalny. Latem góry ożywają odgłosami zwierzyny, zieleń jest niezwykle bujna i rzadko spotykana w innych krajobrazach górskich na takich wysokościach, szlaki górskie zaludniaja się amatorami wędrówek, wspinaczek wysokogórskich, górskiej turystyki rowerowej i fotografii. Jesień zaś ustraja góry i zbocza w niezwykłe kolory a niezliczone zasoby dzikich jagód, owoców i grzybów syanowią raj dla zbieraczy leśnego runa ( do których też się nieśmiało zaliczam) a dzika zwierzyna jest wtedy najczęściej spotykana, przygotowująca się do przetrwania nadchodzącej zimy.
Zima tutaj jest najdłuższą porą roku ale i najdramatyczniejszą. Dopiero zimą można zobaczyć i właściwie ocenić piękno Gór Skalistych w całym majestacie. Majestat ten jest najbardziej widoczny i odczuwalny dla grupki zapaleńców, miłośników zimowych wspinaczek górskich, zdolnych widzieć na własne oczy to, czego z daleka, z doliny miasta ani w resortach narciarskich zobaczyc nie sposób. Zimowe wspinaczki są dość niebezpieczne, ale strach nie jest w stanie osłabić tego uczucia przygody, tego wołania ducha gór, tego wyzwania stawianego własnemu organizmowi. Cel uświęca środki, którymi są wysiłek i zmaganie z własną ludzką słabością i strachem, a ten cel – to uczucie którego słowami opisać się nie da. Zimowe góry są o tyle ciekawsze, że często tonące w chmurach, których generalnie jest brak letnia porą. Nie bardzo wiem, jak opisać uczucie wspinacza stojacego na szczycie, z ktorego widac tylko kilka innych szczytów wystających ponad powierzchnię chmur. Przypomina to widok wysepek na powierzchni niezmierzonego oceanu. Najlepiej pokażą to fotografie. Nie zamieszczam fotografii z pojedynczej wyprawy, ale zbiór fotografii z wielu wspinaczek (względnie najnowszych), w których miałem szczęście i niewątpliwą radość brać udział. Każdą fotografię postaram się skomentować na tyle dokładnie, na ile pozwoli mi moja pamięć i znajomość terenu. Wyprawy te odbyliśmy w różnych grupach, mniejszych lub większych, ponieważ niektóre odcinki wspinaczki (zwłaszcza zimą) wymagaja wsparcia i asekuracji współwspinaczy. Najpierw pokażę wspinaczki łatwiejsze w obrębie pasma Wasatch, następnie zobrazuję wyprawy na najdramatyczniejsze i najtrudniejsze szczyty ( Mount Timpanogos i Lone Peak).

Widok pasma Wasatch w zimie.

Podejście północne z Albion Basin na Devils Castle. Stoimy na zamarznietej i pokrytej grubą warstwą śniegu powierzchni jeziorka Cecret Lake.

Hogum Fork, z którego jest najbezpieczniejsze zimowe podejście na Chipman Peak ( widoczny w głębi). Na lewo od tego szczytu jest położony Pfeifferhorn, na prawo masyw Lone Peak.

Mount Superior i Monte Cristo. Widok z Alta, skąd rozpoczynamy wspinaczkę na te szczyty poprzez Cardiff Pass. Na lewo od Mount Superior jest położony resort narciarski Snowbird.

Pfeifferhorn. Widok z Maybird Gulch, skąd podejście zimą bez osprzętu linowego i wieloosobowej asekuracji jest niemozliwe. Na szczyt ten wspinaliśmy się wielokrotnie latem. Zimą – dwukrotnie inną trasą, poprzez trawers przez Alpine Ridge ( lewa strona fatografii). Po prawej – Chipman Peak.

Na Sundial wspinaczki zimą są bardzo niebezpieczne. W podejściu na szczyt zimą nie uczestniczyłem.Pozostałem w obozowisku nad Lake Lilian, jako support team. Natomiast wielokrotnie zdobywałem ten szczyt latem. U podnóża tego szczytu położone są trzy jeziora – Lake Lilian, Lake Blanche i Lake Florence a od zachodniej strony masywny podwójny szczyt Dromadery Peak ( przypominający swym kształtem grzbiet wielbłąda).

Twin Peaks zdobywałem dwukrotnie (zimą). Raz poprzez wspinaczkę z Broad Fork do górnego jeziora i stamtąd przełęczą poniżej Sunrise Peak i drugi raz trawersem od strony północnej. Letnią porą ten szczyt jest stosunkowo łatwy do zdobycia. Dodatkową atrakcją takiej wspinaczki jest wspaniały widok całej Doliny Słonego Jeziora i całej aglomeracji miejskiej wraz z wymienionym jeziorem.

Cardiff Pass, z którego najłatwiej wspinać się na Mt. Superior, Monte Cristo i Flagstaff Peak. Stąd też jest przejście do sąsiedniego Milcreek Canyon, gdzie znajduje sie wspaniała restauracja LOG HAVEN. Tak smacznej pieczeni z jelenia nie podają nigdzie indziej w świecie.

A tu już sam Mount Timpanogos w całej swojej zimowej okazałości. na ten szczyt, najwyższy w paśmie, wspinaliśmy się w 5-cio osobowej grupie. Noc spędziliśmy w starej bazie- obozowisku (rodzaj starej szopy) nad Emerald Lake u podnóża lodowca.

Mimo, iż sczyt ten jest dość łatwy do wspinaczki letniej (aczkolwiek bardzo długiej), zimą stanowi znaczny wysiłek, ze względu na długość trasy, głęboki śnieg i niebezpieczeństwo lawin. Na szczęście często tu spotykane brunatne niedżwiedzie zimą hibernują. Tak wygląda dolna część trasy, głęboki śnieg pokonuwać trzeba używając snow shoes a w wyższych partiach, gdzie śnieg jest mocno zmarżnięty, butów z kolcami.

Jeden z wielu trawersów. Ten nazywamy Cockscomb Ridge.

Z daleka (telephoto)widoczny metalowy shelter (schronisko) na północnym szczycie Timpanogos, gdzie można dokonać wpisu do książki pamiątkowej. ja jestem tam wpisany kilkanastokrotnie a moja małżonka 2-krotnie (letnią porą).

Ciekawe ujęcie ukazujące Joe w prześwicie na Alpine Ridge.

Na Everest Pass. Nie mylić z Mt. Everest.

Everest Ridge w słońcu. Takich widoków nie ogląda się codzień.

Na trawersie tuż pod północnym szczytem.

Na jednym z ostatnich podejść. Prawie u celu.

Coraz bliżej.

Dobiegamy końca wspinaczki na północny szczyt. w takich momentach, oprócz euforii, nachodzą myśli że wkrótce nowy wysiłek powrotu, równie uciążliwy.

Ostatni wysiłek. Mimo wysokości słoneczne promienie i wysiłek powodują, że pot oblewa i trzeba ściągnąć skafander.

Ponad chmurami. Dla takich widoków warto zapomniec o bólu, zmęczeniu i strachu. Zapominamy o bólu w płucach, popękanych wargach, chciałoby się krzyczeć a ten krzyk euforii to najpiekniejsza modlitwa dziękczynna, jaką możemy ofiarować Bogu za to piękno, które dla nas stworzył. Czujemy się bliżej nieba.

Po krótkim odpoczynku, ciągle głodni przygody, ruszamy w strone południowego szczytu, który zimą można zdobyć tylko ze szczytu północnego, ale to zadanie nie jest już zbyt trudne.

I wreszcie szczyt południowy. Stąd już tylko długa droga powrotna w dół do bazy i długo oczekiwany gorący posiłek. Nie muszę dodawać, że już dawno skończył mi się zapas koniaku.

Kolejna zbiorowa wyprawa, tym razem na Lone Peak, szczyt bardzo atrakcyjny i jeden z najbardziej widocznych z doliny gdzie leżą skupiska ludzkie (Salt lake City, Holladay, Sandy, Cottonwood, Draper). Jest również doskonale widoczny za moim oknem. W widocznym cyrku poniżej szczytów ( false summit & real summit) głębokość śniegu dochodzi do 15 metrów.

Wspinając się wybieramy jedną z możliwych tras, łatwiejszą, aczkolwiek bardzo długą (Jacobs Ladder).

Wyruszamy w 9-cio osobowej grupie, która sponsoruje Wasatch Mountain Club, którego jestem członkiem.

W połowie drogi dochodzimy do urwiska zwanego Question Mark Wall, które ominiemy od strony północnej. skała ta jest rajem dla wspinaczy w porze letniej i kiedy byłem trochę młodszy też się na nią wspinałem.

Zbliżamy się do cyrku, gdzie snieg jest najgłębszy i wkrótce wyjdziemy na punkt widokowy, skąd widać w dole całą aglomerację miejską.

Po prawej obejdziemy kolejne urwiska zwane Lone Peak Summit Cliffs.

Stąd już niedaleko, ale najtrudniejsza droga dopiero przed nami.

Z dala widoczny jak na dłoni majestatyczny Mt. Timpanogos.

Chciałem być pierwszy, więc kamere przejął Gilbert.

Tylko Gilbert mógł zrobić takie ujęcie.

Jak wyżej.

Ponad chmurami szczyty Box Elder i Timpanogos.

Północny widok ze szczytu Lone Peak. Niestety miasto i szersza panorama zostały przesłonięte warstwą chmur, które rozścieliły się pod nami jak powierzchnia morza. Latem widok całej doliny i Wielkiego Słonego Jeziora jest niesamowicie piekny. Teraz już tylko długi marsz w droge powrotną.
HIGH UINTAH I WASATCH – HIKING (kopia z listopada 2008 r.)
Posted in Bez kategorii on 26 Lipiec 2009 by rejtanW moim napiętym harmonogramie przygód z Górami Skalistymi, rok bieżacy upłynął na licznych wspinaczkach głównie na szczyty pasm górskich High Uintah i Wasatch. O ile Wasatch z jego majestatycznymi szczytami( widocznymi tuż za moimi oknami) mam w zasięgu bezpośrednim i wspinaczki na jego szczyty nie zajmują dla doświadczonego wspinacza dłużej niz jeden dzień, High Uintah jest oddalona od mojego miejsca zamieszkania o ok. 70 mil i jej szczyty nie są tak łatwo dostępne, ponieważ nie ma tam dróg dojazdowych w ich pobliże. Stąd wyprawy takie muszą być planowane na 2-3 dni, z koniecznością nocowania w namiocie i długich marszy, zaopatrzenia się w duże ilości pożywienia i płynów, bo nie ma w bezposrednim poblizu żadnych osad ludzkich. Należy również dodać, że najciekawsze i najtrudniejsze do zdobycia szczyty leżą właśnie w tym paśmie. Na takie wyprawy niebezpiecznie jest wybierać się samotnie i wskazane są grupy conajmniej 3-4 wspinaczy, zwłaszcza że jest to tzw. Bear Country i często można po drodze spotkać brunatne niedżwiedzie i pumy. Generalnie- dzika zwierzyna nie atakuje grup ludzi i w takiej grupce można się czuć bezpiecznie. Nie będę opisywał każdej wyprawy z osobna, bo było ich wiele, jedynie opiszę ogólne wrażenia a poszczególne wyprawy zobrazuję fotografie.
Wspinaliśmy sie w różnych porach roku 2008, więc wrażenia nieco różne, bo każda pora roku ma w górach inny, niepowtarzalny charakter. Na najwyższych szczytach nawet w lecie jest dość zimno i odpowiedni ubiór jest koniecznością a zkolei w niższych partiach panuje upał i cały ten ekwipunek jest dość męczącym obciążeniem. Nie można tego porównywać z wyprawą w Himalaje, ale mimo to wyprawy takie są dość uciążliwe i wymagają dużo samozaparcia i wysiłku. Przepiękna przyroda napatykana po drodze wynagradza nam wysiłek całkowicie i po długim wysiłku wspinaczki, kiedy już osiągniemy szczyt, odczuwa się ogromną radość i coś, co można nazwać spełnieniem.
Kiedyś w młodości nie wyobrażałem sobie życia bez morza, miałem nawet zamiar pójść do szkoły morskiej. Nie przypuszczałem, że w jesieni mojego zycia tak przyjdzie mi pokochac góry. Nie urodziłem się ani nie wychowałem w górach, poznałem i odkryłem je dopiero tutaj i poczułem w sobie ich zew. Góry wołały mnie i ja wyrażnie słyszałem to wołanie. czasem, gdy budzę się rankiem, słyszę jak szumią dyskretnie za moim oknem, zupełnie jak ocean. I jest to głos tylko dla mnie słyszalny. Odbieram to jako wezwanie do apelu. Wstaję szybko, pakuję plecak , ruszam na to wezwanie i zawsze będę dopóki będą mnie niosły nogi a dobry Pan Bóg da siły. Jeśli mam umrzeć ( a przeciez każdy z nas musi), chciałbym starym indiańskim zwyczajem, ostatkiem sił, po raz ostateczny wspiąć się na szczyt góry i tam zaczekać, patrząc na zachód słońca, aż przyjdzie ta ostatnia chwila. Nie chciałbym aby ostateczne odejście ( tak przeciez naturalne) było aktem smutnym a właśnie zwyczajnie radosnym i normalnym. Przecież coś niemal najpiękniejszego w życiu , zachód słońca, jest tak piękny i radosny, choć oznacza zakończenie dnia.
Niech przemówią obrazy:

American Fork Twins fotografowane wieczorową porą z obozowiska na Cardiff Pass.

Monte Cristo widoczne z obozowiska w Maybird Gulch.

Devils Castle w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Przed burzą w okolicach Emerald Lake (baza pod Mount Timpanogos).

Cecret Lake w Albion Basin u podnóża Devils Castle.

Lone Peak, najbardziej charakterystyczny szczyt w Wasatch Range i najbardziej widoczny z całej doliny Wielkiego Słonego Jeziora.

Twin Peaks odbite w tafli jeziorka Maybird Lake, położonego u podnóża jednego z najdramatyczniejszych szczytów w Wasatch – Pfeifferhorn.

I sam Pfeifferhorn, którego zdobycie daje największą radość. Trzeci co do wysokości w paśmie, ale chyba najtrudniejszy do zdobycia bez osprzętu linowego i asekuracji. u podnóża – maybird Gulch, wspaniałe miejsce na obozowisko.

Majestatyczny Mount Timpanogos jesienną porą- najwyższy szczyt w paśmie Wasatch. Na jego masyw składa się dwa szczyty – południowy i północny. Na północnym zbudowany jest metalowy schron ze stacją triangulacyjną, gdzie wspinacze moga wpisywać sie do księgi pamiatkowej. Ja jestem tam zapisany kilkanacie razy.

Mount Millicent z jeziorkiem Lake Mary, stosunkowo łatwy do zdobycia i dlatego masowo odwiedzany przez mało doświadczonych amatorów wspinaczek.

Sundial Peak wczesnym latem, na który od strony północnej można się wspiąć jedynie z osprzetem linowym. Odkryłem jednak okrężną trasę od strony południowo zachodniej, która można się wspinać bez osprzętu, jednak dość niebezpieczną.

Devils Castle poranną porą. Na ten przepiękny, trudny szczyt, acz niewysoki (2998 m.) wspinałem się wielokrotnie.

Jeszcze jeden widok Diabelskiego Zamku.

Z Wasatch Range przeniesiemy sie do High Uintah. Widoczny Hayden Peak z jego granitowym masywem. Zdobycie zajmuje nam 2 dni.

Hayden Peak z odległości ponad 3 mil, z obozowiska nad jeziorem.

Gilbert Peak (3750 m.). Stosunkowo łatwy do zdobycia.

Flat Top Mountain otoczony przepięknie ukwieconymi łąkami, na których można często spotkać pasące się stada jeleni i kozic górskich.

Bald mountain – góra widokowa. Z jej szczytu widać jak na dłoni calą Uintah Range z jej najważniejszymi szczytami.

Butterfly Hill – kolejne obozowisko.

Emerald Flat z przepięknie ukwiecona łąką.

Amethyst Lake.

Black’s Fork.

Drugi co do wysokości szczyt w High Uintah – Mt. Agassiz ( trzy dni wspinaczki).

Mt. Beulah jesienią.

Ostler Peak.

Pod samym szczytem Ostler Peak.

Notch Mountain.

Napotkana po drodze kozica w ogóle nie okazywała strachu.

Lofty Lake, jedno z tysiąca jezior w High Uintah.

Naturalists Basin, gdzie można napotkać brunatne niedżwiedzie.

Eagle Point jesienią.

I wreszcie cel i marzenie wielu wspinaczy, najwyższy szczyt w Utah – Kings Peak. Wyruszamy z bazy a po drodze bedzie jeszcze trzy, bo cała wyprawa zajmuje nam 3 dni.





























