HIGH UINTAH I WASATCH – HIKING (kopia z listopada 2008 r.)
W moim napiętym harmonogramie przygód z Górami Skalistymi, rok bieżacy upłynął na licznych wspinaczkach głównie na szczyty pasm górskich High Uintah i Wasatch. O ile Wasatch z jego majestatycznymi szczytami( widocznymi tuż za moimi oknami) mam w zasięgu bezpośrednim i wspinaczki na jego szczyty nie zajmują dla doświadczonego wspinacza dłużej niz jeden dzień, High Uintah jest oddalona od mojego miejsca zamieszkania o ok. 70 mil i jej szczyty nie są tak łatwo dostępne, ponieważ nie ma tam dróg dojazdowych w ich pobliże. Stąd wyprawy takie muszą być planowane na 2-3 dni, z koniecznością nocowania w namiocie i długich marszy, zaopatrzenia się w duże ilości pożywienia i płynów, bo nie ma w bezposrednim poblizu żadnych osad ludzkich. Należy również dodać, że najciekawsze i najtrudniejsze do zdobycia szczyty leżą właśnie w tym paśmie. Na takie wyprawy niebezpiecznie jest wybierać się samotnie i wskazane są grupy conajmniej 3-4 wspinaczy, zwłaszcza że jest to tzw. Bear Country i często można po drodze spotkać brunatne niedżwiedzie i pumy. Generalnie- dzika zwierzyna nie atakuje grup ludzi i w takiej grupce można się czuć bezpiecznie. Nie będę opisywał każdej wyprawy z osobna, bo było ich wiele, jedynie opiszę ogólne wrażenia a poszczególne wyprawy zobrazuję fotografie.
Wspinaliśmy sie w różnych porach roku 2008, więc wrażenia nieco różne, bo każda pora roku ma w górach inny, niepowtarzalny charakter. Na najwyższych szczytach nawet w lecie jest dość zimno i odpowiedni ubiór jest koniecznością a zkolei w niższych partiach panuje upał i cały ten ekwipunek jest dość męczącym obciążeniem. Nie można tego porównywać z wyprawą w Himalaje, ale mimo to wyprawy takie są dość uciążliwe i wymagają dużo samozaparcia i wysiłku. Przepiękna przyroda napatykana po drodze wynagradza nam wysiłek całkowicie i po długim wysiłku wspinaczki, kiedy już osiągniemy szczyt, odczuwa się ogromną radość i coś, co można nazwać spełnieniem.
Kiedyś w młodości nie wyobrażałem sobie życia bez morza, miałem nawet zamiar pójść do szkoły morskiej. Nie przypuszczałem, że w jesieni mojego zycia tak przyjdzie mi pokochac góry. Nie urodziłem się ani nie wychowałem w górach, poznałem i odkryłem je dopiero tutaj i poczułem w sobie ich zew. Góry wołały mnie i ja wyrażnie słyszałem to wołanie. czasem, gdy budzę się rankiem, słyszę jak szumią dyskretnie za moim oknem, zupełnie jak ocean. I jest to głos tylko dla mnie słyszalny. Odbieram to jako wezwanie do apelu. Wstaję szybko, pakuję plecak , ruszam na to wezwanie i zawsze będę dopóki będą mnie niosły nogi a dobry Pan Bóg da siły. Jeśli mam umrzeć ( a przeciez każdy z nas musi), chciałbym starym indiańskim zwyczajem, ostatkiem sił, po raz ostateczny wspiąć się na szczyt góry i tam zaczekać, patrząc na zachód słońca, aż przyjdzie ta ostatnia chwila. Nie chciałbym aby ostateczne odejście ( tak przeciez naturalne) było aktem smutnym a właśnie zwyczajnie radosnym i normalnym. Przecież coś niemal najpiękniejszego w życiu , zachód słońca, jest tak piękny i radosny, choć oznacza zakończenie dnia.
Niech przemówią obrazy:

American Fork Twins fotografowane wieczorową porą z obozowiska na Cardiff Pass.

Monte Cristo widoczne z obozowiska w Maybird Gulch.

Devils Castle w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Przed burzą w okolicach Emerald Lake (baza pod Mount Timpanogos).

Cecret Lake w Albion Basin u podnóża Devils Castle.

Lone Peak, najbardziej charakterystyczny szczyt w Wasatch Range i najbardziej widoczny z całej doliny Wielkiego Słonego Jeziora.

Twin Peaks odbite w tafli jeziorka Maybird Lake, położonego u podnóża jednego z najdramatyczniejszych szczytów w Wasatch – Pfeifferhorn.

I sam Pfeifferhorn, którego zdobycie daje największą radość. Trzeci co do wysokości w paśmie, ale chyba najtrudniejszy do zdobycia bez osprzętu linowego i asekuracji. u podnóża – maybird Gulch, wspaniałe miejsce na obozowisko.

Majestatyczny Mount Timpanogos jesienną porą- najwyższy szczyt w paśmie Wasatch. Na jego masyw składa się dwa szczyty – południowy i północny. Na północnym zbudowany jest metalowy schron ze stacją triangulacyjną, gdzie wspinacze moga wpisywać sie do księgi pamiatkowej. Ja jestem tam zapisany kilkanacie razy.

Mount Millicent z jeziorkiem Lake Mary, stosunkowo łatwy do zdobycia i dlatego masowo odwiedzany przez mało doświadczonych amatorów wspinaczek.

Sundial Peak wczesnym latem, na który od strony północnej można się wspiąć jedynie z osprzetem linowym. Odkryłem jednak okrężną trasę od strony południowo zachodniej, która można się wspinać bez osprzętu, jednak dość niebezpieczną.

Devils Castle poranną porą. Na ten przepiękny, trudny szczyt, acz niewysoki (2998 m.) wspinałem się wielokrotnie.

Jeszcze jeden widok Diabelskiego Zamku.

Z Wasatch Range przeniesiemy sie do High Uintah. Widoczny Hayden Peak z jego granitowym masywem. Zdobycie zajmuje nam 2 dni.

Hayden Peak z odległości ponad 3 mil, z obozowiska nad jeziorem.

Gilbert Peak (3750 m.). Stosunkowo łatwy do zdobycia.

Flat Top Mountain otoczony przepięknie ukwieconymi łąkami, na których można często spotkać pasące się stada jeleni i kozic górskich.

Bald mountain – góra widokowa. Z jej szczytu widać jak na dłoni calą Uintah Range z jej najważniejszymi szczytami.

Butterfly Hill – kolejne obozowisko.

Emerald Flat z przepięknie ukwiecona łąką.

Amethyst Lake.

Black’s Fork.

Drugi co do wysokości szczyt w High Uintah – Mt. Agassiz ( trzy dni wspinaczki).

Mt. Beulah jesienią.

Ostler Peak.

Pod samym szczytem Ostler Peak.

Notch Mountain.

Napotkana po drodze kozica w ogóle nie okazywała strachu.

Lofty Lake, jedno z tysiąca jezior w High Uintah.

Naturalists Basin, gdzie można napotkać brunatne niedżwiedzie.

Eagle Point jesienią.

I wreszcie cel i marzenie wielu wspinaczy, najwyższy szczyt w Utah – Kings Peak. Wyruszamy z bazy a po drodze bedzie jeszcze trzy, bo cała wyprawa zajmuje nam 3 dni.